Znajdź płyty, które kochasz. Dowiedz się więcej o artystach, których uwielbiasz.

Znajdź płyty, które kochasz. Dowiedz się więcej o artystach, których uwielbiasz.

Solowy popis Paula Simona 0
SOLOWY POPIS PAULA SIMONA

Choć świat poznał i pokochał Paula Simona przede wszystkim w duecie z Arthurem Garfunkelem, to artysta ma na swoim koncie także bogatą karierę solową. Charakteryzują ją proste (z pozoru) piosenki o subtelnej, przyjemnej dla ucha warstwie muzycznej i wyjątkowy kojący wokal. To właśnie wybrzmiewa w jednej z najlepszych moim zdaniem piosenek Simona – Still crazy after all these years – która znajduje się na albumie o tym samym tytule. Krążek kryje jednak również inne, zdecydowanie warte uwagi utwory. 

Tak naprawdę album „Still crazy after all these years” chciałam mieć właśnie z uwagi na tytułową piosenkę. Niezwykle podoba mi się jej brzmienie i wiedziałam, że puszczana z czarnego krążka będzie mi smakować jeszcze bardziej. Dlatego, gdy tylko zobaczyłam płytę w sklepie – zresztą w Vinyl Tamka – od razu trafiła do mojego koszyka. Nie znałam dokładnie pozostałych znajdujących się na niej utworów, ale kojarzyłam twórczość Simona na tyle, by zaufać, że również przypadną mi do gustu. Artysta ten ma bowiem swój wyjątkowy, niepodrabialny styl, który niejako definiuje jego karierę solową, a który bardzo mi do tej pory odpowiadał. Ku mojemu zaskoczeniu okazało się, że jest… znacznie lepiej, niż sądziłam! Album kupiony z myślą o jednej piosence dał się poznać jako źródło przynajmniej sześciu numerów, do których teraz często i chętnie wracam.  Biorąc pod uwagę, że na krążku jest 10 kawałków, to całkiem dobry wynik. 

Piosenka “Still crazy…” pozostała oczywiście kluczową dla mnie pozycją. Ma ona w sobie coś wyjątkowego. Może to zasługa delikatnej warstwy muzycznej z subtelnym wprowadzeniem i romantycznym saksofonowym solo pod koniec? A może ciepły i pełen emocji głos artysty, nadający całości refleksyjnego, nastrojowego charakteru lub sama opowieść o przypadkowym spotkaniu kochających się niegdyś osób, które, mimo upływu czasu i braku stałego kontaktu, nadal coś do siebie czują? Cokolwiek to jest, utwór dosłownie skradł moje serce. Jest w nim coś takiego, co sprawia, że wydaje się on być niezwykle szczery. Zresztą cała płyta robi wrażenie nad wyraz intymnej i autentycznej. Być może wynika to z faktu, że album powstawał wkrótce po burzliwym rozwodzie Simona z pierwszą żoną, więc towarzyszące artyście emocje mogły zostać niejako przelane na papier. Niektórzy twierdzą nawet, że to właśnie o spotkaniu z nią śpiewa nostalgicznie artysta. 

Posmak przeżywanego rozstania czuć także w innych utworach znajdujących się na krążku. Przykładowo, kawałek „50 ways to leave your lover”, który w moim prywatnym rankingu uplasował się ex aequo z piosenką tytułową, wydaje się być pewnego rodzaju sposobem na humorystyczne odreagowanie tego przykrego doświadczenia. Nietuzinkowy, zaskakujący tekst podsuwający pomysły na to, jak w łatwy sposób uwolnić się z nieudanego związku, jest utworem – pomimo tematyki - niezwykle pozytywnym, a nagła zmiana melodii w refrenie – tak, jakby był on zapożyczony z zupełnie innego numeru - nadaje mu swawolnego charakteru. 

Pewnego rodzaju pocieszeniem - zarówno dla przeżywającego ciężkie chwile artysty, jak i wszystkich osób doświadczających nieszczęścia - była zapewne także piosenka „Gone at last”. Simon w duecie z Phoebe Snow opowiedział w sposób niezwykle dziarski historię mężczyzny, odnajdującego nadzieję na to, że wszystko co złe, wkrótce przeminie. Wyszło z tego niezwykłe połączenie energicznego rock and rolla z gospelową głębią i siłą, przez co numer wyróżnia się znacznie na tle pozostałych. Podobną, pokrzepiającą funkcję wydaje się pełnić też utwór „Have a good time”, poprzez który artysta nawołuje do tego, by nie przejmować się trudnościami i  po prostu „dobrze się bawić”. 

Moją uwagę przykuły również kawałek „You are kind”, w dość przewrotny sposób ukazujący, że w miłości najważniejsze są drobne rzeczy, oraz nagrana w duecie z Garfunklem piosenka „My little town”, będąca cierpkim wspomnieniem rodzinnego miasteczka, w którym nie ma nic prócz „śmierci i umierania”, a każdy jedynie marzy, by wyrwać się z panującej tam beznadziei. 

Poczucie beznadziei i smutek generalnie wydają się być fundamentem, na którym Paul Simon zbudował zawartość albumu. Wygląda to trochę tak, jakby praca nad „Still crazy…” pełniła dla niego funkcję terapeutyczną. Jeśli tak było, to artysta w sposób niezwykle zgrabny wykorzystał doświadczenie rozstania i stworzył wybitny album, w którym z przymrużeniem oka i z lekkim dystansem pokazuje, że każdy przechodzi w swoim życiu trudniejsze chwile, ale to wszystko jest przejściowe i – jak przekonuje w tytułowym utworze - „wkrótce zniknie”.

 POSŁUCHAJ >>

 

Justyna Miniza @33RPMblog

 

 



Komentarze do wpisu (0)

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl