Listopad 1985, Manchester. Pochmurny, zimny dzień – raczej typowy dla północnej Anglii, ale fotograf Stephen Wright i tak bliski był odwołania sesji. Kiepskie światło nie sprzyja profesjonalnym zdjęciom. Morrissey, Johnny Marr, Andy Rourke i Mike Joyce stają jednak przed czerwoną ceglaną fasadą Salford Lads Club. W swoich marynarkach i swetrach, tacy zwyczajni. Przemarznięci, zmęczeni, nieświadomi, że za kilka miesięcy to zdjęcie nie tylko trafi do rozkładówki albumu "The Queen Is Dead", ale też stanie się jedną z najbardziej ikonicznych fotografii w historii rocka.
Dziś? Tysiące fanów przyjeżdżają do Salford, żeby stanąć dokładnie w tym samym miejscu. To jak Abbey Road dla The Beatles czy cmentarz Père-Lachaise dla fanów The Doors. The Smiths jako projekt może istniało stosunkowo krótko, ale stało się kodem, hasłem, tajnym uściskiem dłoni dla wszystkich, którzy nie pasowali do lat 80. – dekady syntetycznego popu, thaczeryzmu i maczyzmu. I nie pasują – do okrutnego, bezwzględnego, kapitalistycznego świata.
Wszystko się skończyło dość nagle, bez pożegnalnego koncertu. Bez drugiej szansy.
Ale legenda wciąż żyje.
Vinyl Tamka: Kupujemy i sprzedajemy winyle
Maj 1982: Johnny zapukał do drzwi Morrisseya
Początki The Smiths są jak początki większości zespołów – oto natrafiają na siebie niespokojne dusze, które łączy wizja. Tym razem do takiego natrafienia dochodzi w Manchesterze, na początku lat 80. "Możliwe, że Morrissey do dziś siedziałby w swojej samotni, otoczony książkami i płytami, gdyby nie jedna osoba – Johnny Marr" – pisze Maciej Koprowicz w książce "The Smiths. Piosenki o twoim życiu".
Marr ma 18 lat, talent, pewność siebie i wie, jak ma wyglądać jego zespół marzeń. Potrzebuje frontmana i to szybko. Kogoś, kto potrafiłby poukładać słowa w coś więcej niż rymowanki o miłości. W środowisku podpowiadają mu nazwisko: Steven Patrick Morrissey. Dwudziestotrzylatek z Stretford uznawany jest za wycofanego ekscentryka, ale umie pisać.
Na szczęście Marr w odróżnienia od "nieśmiałego odludka [...] nie bał się pukać do cudzych okien". Pojawia się na Kings Road 384 bez zapowiedzi. Chwilę później w pokoju Morrisseya przeglądają płyty, rozmawiają o New York Dolls, Patti Smith, poezji, literaturze. Po godzinie wiedzą, że będą razem tworzyć. "Zakochaliśmy się w sobie nawzajem – w sposób, którego nigdy nie będę żałował" – wspominał później Marr.
Później do grupy dołączył perkusista Mike Joyce i Dale Hibbert (gitara basowa) – po dwóch występach jego miejsce zajął Andy Rourke.

Pod koniec 1982 roku wybrali nazwę. The Smiths. "Najbardziej zwyczajna nazwa, jaką można wymyślić" – wyjaśniał Morrissey. I tu była cała filozofia: żadnych pretensjonalnych tytułów, egzotyki i symbolicznych opowieści założycielskich. Po prostu: Smiths. Jak kowal, hydraulik, zwykły facet z ulicy. Bo to był zespół dla zwykłych ludzi – tych, którzy nie wpasowywali się w MTV, tych, którzy czuli się niewidzialni w epoce synth-popu i cekinowych kreacji. Którzy chcieli wrócić do prostoty.
1982-1987: pięć lat, które zmieniły indie rock
Pięć lat to niewiele. Ale w przypadku The Smiths to niemal wieczność.
1984 – debiutancki album "The Smiths" wskakuje na drugie miejsce brytyjskiej listy przebojów i jest to zaskoczeniem. Nie ma tu syntezatorów i automatów perkusyjnych. Tylko gitara, bas, perkusja i głos Morrisseya, który śpiewał o samotności, niezrozumieniu, tęsknocie – rzeczach, o których inni woleli milczeć. "This Charming Man", "What Difference Does It Make?" – nie były to hity radiowe w stylu Wham! czy Culture Club. Były to raczej hymny tych, którzy siedzieli w swoich pokojach i czuli się obco we własnym mieście. A często i we własnej skórze.
1985 – "Meat Is Murder" trafia na pierwsze miejsce list przebojów. To już nie tylko muzyka, a manifest polityczny. Tytułowy utwór atakuje przemysł mięsny z dźwiękami rzeźni i krzykiem zwierząt w tle. "The Headmaster Ritual" opowiada o przemocy w szkołach (kary cielesne były wtedy legalne w Wielkiej Brytanii). Był to również rok strajków górniczych, brutalnej walki klasy robotniczej z rządem Margaret Thatcher, zimnej wojny ideologicznej między socjalistycznym Północy a konserwatywnym Południem. The Smiths nie krzyczeli "fuck Thatcher" jak Billy Bragg – ale ich muzyka niosła te emocje. Morrissey nosił kwiatki i słuchawki na scenie w czasach, gdy "prawdziwy mężczyzna" miał być twardy i milczący. To akt społecznego buntu.
1986 – "The Queen Is Dead"

Tytuł mówi wszystko. Utwór "The Queen Is Dead" to atak na monarchię, na establishment, na Brytanię klasy wyższej i elity. "Farewell to this land's cheerless marshes" – żegnamy ten kraj bezdusznych bagien. Morrissey śpiewa o alienacji w społeczeństwie, które dzieli ludzi na "nas" i "ich". "There Is a Light That Never Goes Out" stało się hymnem dla pokoleń – piosenką o desperackiej potrzebie bliskości ("to die by your side is such a heavenly way to die"). Dekady później piosenka zabrzmi w windzie w filmie "500 dni miłości", gdy Tom i Summer odkryją, że oboje kochają The Smiths – to wtedy Tom się zakochuje, a wspólna muzyka staje się kodem, sygnałem, że "jesteśmy z tego samego plemienia".
1987 – "Strangeways, Here We Come". Album wychodzi we wrześniu. Zespół już nie istnieje.
Rock na winylu: poznaj kolekcję Vinyl Tamka!
Lipiec 1987: koniec bez pożegnania
W chwili rozpadu The Smiths Johnny Marr miał zaledwie 23 lata. Był nie tylko gitarzystą, ale i menedżerem – zespół zwolnił wszystkich profesjonalnych managerów, bo nie chciał działać na zasadach "przemysłowych". Efekt? Cały ciężar logistyki i zarządzania spadł na młodego muzyka. Nieustanne trasy, nagrania, presja. W czerwcu 1987 roku Marr ogłosił przerwę. Miesiąc później odszedł na dobre.
Bezpośrednim powodem był artykuł w "New Musical Express (NME)", który ukazał się 1 sierpnia 1987 roku pod tytułem "Smiths to Split". Dziennikarz Danny Kelly bazował – jak później przyznał – częściowo na plotkach z Manchesteru, częściowo na własnych domysłach. W tekście sugerował, że Morrissey jest wściekły na Marra za współpracę z innymi muzykami (Marr grał między innymi z Billym Braggiem i zespołem Everything But The Girl), a ich relacja "osiągnęła punkt krytyczny".
Marr przeczytał artykuł i był przekonany, że to Morrissey "podrzucił" materiał do gazety – że to nie plotka, tylko celowa prowokacja. W rzeczywistości artykuł był spekulacją, jednak muzyk poczuł się zdradzony. Żaden nie zadzwonił do drugiego. Morrissey później napisał w autobiografii: "Nagle w prasie roi się od informacji o rozpadzie Smiths. Siedzę i obserwuję sytuację jakbym był za szybą [...] Plotka jest ważniejsza niż prawda".
Czytaj także: Kim Gordon w Polsce – ikona Sonic Youth powraca z dwoma koncertami w 2026 roku
Tydzień po publikacji, 8 sierpnia, Marr sam skontaktował się z NME i potwierdził: odchodzi z zespołu. Powód? Nie napięcia osobiste – jak twierdził artykuł – ale "chęć szerszego zakresu muzycznego", eksperymentowania, coverowania piosenek lat 60.
Prawdą jest też, że obaj artyści byli wyczerpani. Byli po dwudziestce, nie mieli żadnego doświadczenia w zarządzaniu karierą na skalę międzynarodową. "To rozbiło zespół. [...] Nigdy nie spotkałem osoby, kto uważa, że wielki zespół rockowy powinien być zarządzany przez 23-letniego gitarzystę" – powiedział Marr lata później.
Ostatni koncert The Smiths odbył się 12 grudnia 1986 w Brixton Academy. Nikt nie wiedział, że to koniec. Ostatnią piosenką był ich debiutancki singiel – "Hand in Glove". Morrissey zakończył występ słowami: "I'll probably never see you again...".
Przepowiednia się spełniła.
Muzyka smutku, która wciąż elektryzuje
The Smiths śpiewali o codzienności – o życiu w Thatcherowskiej Brytanii, gdzie bezrobocie sięgało 12 procent, klasa robotnicza walczyła o przetrwanie, a przyznawanie się do swojej inności (bycie gejem, wegetarianinem, introwertykiem, poetą) stanowiło akt odwagi. Piosenki kapeli z Manchesteru traktują o rzeczach zwykłych, ale jednocześnie przedzierają się do najgłębszych pokładów wrażliwości. Dotykają spraw mocno emocjonalnych – rozpaczy, braku bliskości, odchodzenia – ale też całkowicie przyziemnych (życie towarzyskie, angielska scena muzyczna).
Johnny Marr wyciągał ze swojej gitary Rickenbacker dźwięki, które brzmiały jak spotkanie Velvet Underground z Motown – brzęczące, melodyjne, pełne światła. A Morrissey śpiewał o ciemności. O samotności w tłumie. O pragnieniu szczerej miłości, której przecież tak trudno doświadczyć. O tym, że "heaven knows I'm miserable now" ("Bóg jeden wie, że teraz jestem nieszczęśliwy").
Muzyka The Smiths jest smutna, ale nie depresyjna. Dużo tu melancholii, ale i nadziei. W każdej piosence jest światło, o którym śpiewają – światło, które nigdy nie gaśnie, nawet gdy wszystko wokół jest szare.
Dlaczego The Smiths nigdy nie wrócili?
Prób "namówienia" The Smiths na powrót było kilka. Wiele z nich wiązało się z gigantycznym wynagrodzeniem. 5 milionów dolarów za występ na Coachelli. 75 milionów za trasę koncertową "po latach". Morrissey powiedział: "Wolałbym zjeść własne jądra niż reaktywować The Smiths". I w sumie... Chyba dobrze się stało.
The Smiths pozostali autentyczni, a przy okazji zakończyli karierę, będąc w zenicie. Nie ma w ich historii rozczarowujących koncertów, dziwnych eksperymentów i pompowania pomysłów na podtrzymanie uwagi fanów. Nie ma tras "dla pieniędzy". Jest tylko muzyka – czysta, nieskażona, wieczna.
Może właśnie dlatego ludzie wciąż przyjeżdżają do Salford. Stają przed tym samym niepozornym, trochę przygaszonym czerwonym budynkiem. Robią zdjęcie na wzór tego słynnego. Bo The Smiths to nie zespół – to poczucie przynależności do klubu outsiderów, którzy wiedzieli (w czym tkwi cały paradoks), że nie są sami.
Jeśli chcesz poczuć, jak brzmiało najbardziej wpływowe partnerstwo w historii indie rocka, sięgnij po winyl. "The Queen Is Dead" na gramofonie to nie nostalgia – to podróż do czasów, gdy zespół mógł zmienić wszystko, nie sprzedając duszy.
Czytaj także: 42 minuty, które zamknęły epokę. Swój ostatni koncert The Beatles zagrali na dachu
Tekst: Alicja Cembrowska
Zdjęcie: Wikimedia/ Od lewej: Andy Rourke, Morrissey, Johnny Marr, Mike Joyce