Ukłon w stronę muzyki – recenzja ostatniego rozdziału "Historii polskiego hip-hopu"

0
Ukłon w stronę muzyki – recenzja ostatniego rozdziału "Historii polskiego hip-hopu"

50 tysięcy ludzi, 70-osobowa orkiestra symfoniczna i ponad 40 raperów na jednej scenie – tak wyglądał finał muzycznej trylogii, której główną bohaterką była muzyka. „Historia Polskiego Hip-Hopu. Rozdział III Ostatni", czyli projekt Radzimira Dębskiego, bardziej znanego jako "Jimek", doczekał się swojego zamknięcia, trudno jednak nie odnieść wrażenia, że to początek czegoś zupełnie nowego.

Czytaj także: Eldo na Bemowie: poeta polskiego rapu, orkiestra Jimka i winyle, które trudno złapać

Bilety kupiłam z ciekawości, bo trudno nazwać mnie fanką hip-hopu. Ba, gdyby ktoś dwa lata temu powiedział mi, że z własnej woli pójdę na koncert rapowy, to bym nie uwierzyła. Jakiś czas temu przypadkowo trafiłam na występ Jimka ze Snoop Doggiem (Radzimir Dębski dyrygował orkiestrą podczas jego show na Super Bowl) i był to właściwie kolejny element, który zasygnalizował mojemu raczej zamkniętemu na ten gatunek mózgowi, że może pora wprowadzić więcej swobody do repertuarowych wyborów.

I tak w ubiegły weekend znalazłam się na Lotnisku Bemowo, gdzie w 2022 roku wszystko się zaczęło. To tam odbyła się pierwsza odsłona projektu. W 2023 roku przeniosła się na Stadion Śląski, a ostateczne lądowanie zaliczyła w Warszawie. Rozdział III był zamknięciem hip-hopowej trylogii i jednocześnie – jak zapowiadał Jimek – oknem na to, co dalej: integralną częścią wieczoru była premiera na żywo jego nowej, producenckiej płyty „Etiudy na pianino, sampler, orkiestrę i kolegów". Wydaje mi się, że przy okazji byliśmy świadkami muzycznego wydarzenia, które na zawsze pozostanie punktem odniesienia. Mówię to jako osoba, która zaledwie kojarzyła artystów i znała kilka piosenek.

Pierwszy aspekt, który sprawia, że projekt Jimka jest czymś, o czym warto rozmawiać, to połączenie na jednej scenie orkiestry i hip-hopu. Jeśli się nad tym zastanowić, to spotkanie wcale nie jest tak paradoksalne, jak wygląda na pierwszy rzut oka. Hip-hop żyje samplami, a sample od zawsze czerpały z orkiestrowych smyczków, dętych sekcji i pianina równie chętnie, co z funku i soulu. Wystarczy sięgnąć do źródła: ośmiotaktowa solówka perkusisty Clyde'a Stubblefielda z „Funky Drummer" Jamesa Browna posłużyła za podkład w ponad tysiącu utworów – od Public Enemy po Nas i Dr. Dre – i bywa nazywana najbardziej samplowanym nagraniem w historii muzyki

Vinyl Tamka: nasza kolekcja hip-hopu na winylu

Ten sam mechanizm działa na naszym podwórku. O.S.T.R., który tego wieczoru wykonał „Etiudę nr 4", w utworze „1 Na 100" zbudował bit na fragmencie „Snu Eleny" – orkiestrowej kompozycji filmowej Michała Lorenca. Producenci od dekad szukali w archiwach fragmentu smyczków albo perkusyjnego groove'u, który da utworowi dramaturgię, jakiej nie osiągnie się samym beatem. Orkiestra z rapem to więc nie zderzenie dwóch odległych światów, tylko wyciągnięcie na wierzch czegoś, co w tej muzyce ukryte było od zawsze – tyle że zwykle w postaci kilkusekundowej pętli, a nie żywych instrumentów. 

Ten efekt na „żywo" zaskoczył mnie najbardziej. Nie sam fakt, że brzmiało to dobrze, ale poczucie, jakby orkiestra tylko czekała, aż ktoś wyprowadzi ją zza sampla na scenę. Nic tu nie było dodatkiem czy substytutem. Rap stał się partnerem dla orkiestry i odwrotnie. I był to jak najbardziej świadomy zabieg. Perkusista Jimka, José Manuel Alban Juárez, mówił w jednym z wywiadów, że po raz pierwszy sekcja rytmiczna stanęła z przodu sceny, zamiast chować się za plecami orkiestry, jak to zwykle bywa. 

Za tą spójną koncepcją – na scenę wchodzili kolejni raperzy, od pionierów gatunku po najmłodsze pokolenie – poszła dopracowana produkcja (nagłośnienie, światła) i tym sposobem trzy godziny koncertu nie miały ani chwili zastoju. Były jak dobrze rozpisany dramaturgicznie spektakl.

Co zapamiętam na dłużej? Słowa Eldo o tym, że w polskim hip-hopie wciąż jest miejsce na poezję – był to moment, w którym poczułam coś więcej niż podziw dla widowiska. Być może była to jakaś nieznana mi forma poruszenia. O.S.T.R. w „Etiudzie nr 4" pokazał, że orkiestra potrafi być nie tylko ozdobnikiem, a nośnikiem przekazu – mocny tekst dostał emocjonalną aranżację, która go wzmocniła, a nie zagłuszyła.

PRO8L3M i Abradab wnieśli kolejno surową i skoczną energię, zupełnie inną niż refleksyjny ton Eldo. Paktofonika pozwoliła zgromadzonemu tłumowi pofrunąć w nostalgię. A nad całością czuwało nocne niebo, z którego nie uleciała ani kropelka deszczu, co we wrześniu wcale nie jest takie oczywiste.

Jeden detal przeszkadza mi w całkowitym rozpłynięciu się nad warszawskim widowiskiem – orkiestra była fenomenalna, ale kamery skupiały się głównie na Jimku i raperach. Chciałabym zobaczyć więcej – miny muzyków, ich ekspresję w momentach, kiedy to oni niosą utwór. Może to szczegół, ale przy takiej skali wydarzenia szkoda, że orkiestra została trochę zepchnięta na wizualny margines.

Z Bemowa wyszłam bez potrzeby nagłego „nawracania się" na rap. Nie stałam się naczelną fanką hip-hopu, która czuje potrzebę odpokutowania lata słuchania innej muzyki. Ale też nie o to chodzi. „Historia Polskiego Hip-Hopu" zachwyca, bo tak naprawdę jest o czymś innym niż konkretny gatunek. Jest o wspólnocie, doświadczaniu muzyki z innymi i niezwykłej mocy sztuki, która jak widać potrafi nawet zaklinać pogodę.

Tekst: Alicja Cembrowska

Zdjęcie główne: Jimek i orkiestra podczas koncertu Historia Polskiego Hip-Hopu na Lotnisku Bemowo, 12 września 2026

                       

Komentarze do wpisu (0)

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl