12 stycznia 1969 roku na amerykańskim rynku ukazał się album, który według Rolling Stone był "nieciekawy i słaby", a według kompozytora, "cichego Beatlesa" George'a Harrisona – "okropny". Mick Jagger nie przebrnął nawet przez pierwszą stronę płyty. Dziś ten sam krążek zajmuje 29. miejsce na liście 500 najważniejszych albumów wszech czasów. To historia Led Zeppelin – zespołu, który powstał z popiołów, nagrał debiut w miesiąc i stworzył fundament hard rocka, mimo że wszyscy wokół twierdzili, że zaliczy upadek. Jak ołowiany sterowiec.
„Go down like a lead zeppelin" – przepowiednia, która się nie spełniła
Kiedy latem 1968 roku rozpadli się The Yardbirds, gitarzysta Jimmy Page został z prawami do nazwy zespołu i kontraktem na tournée po Skandynawii. Potrzebował nowych muzyków – i to szybko. Tak doszło do spotkania Roberta Planta (wokal), Johna Paula Jonesa (bas) i Johna Bonhama (perkusja). Podczas pierwszych prób zagrali "Train Kept a-Rollin'". I poczuli, że to działa. "Pokój eksplodował" – wspominał po latach Jones.
Keith Moon, perkusista The Who, miał mniej entuzjazmu. Podobno to właśnie on rzucił złośliwie, że nowy zespół Page'a "pójdzie w dół jak ołowiany sterowiec" (ang. lead zeppelin). Page nie tylko zapamiętał to zdanie. Zmienił literę "a" na "e", żeby uniknąć błędnej wymowy.
Tak narodziła się legenda.
Vinyl Tamka: zanurz się w naszej kolekcji rocka na winylu
Debiut nagrany za własne pieniądze – i to w 36 godzin!
We wrześniu 1968 roku Page i świeżo uformowany zespół weszli do Olympic Studios w Londynie. Nie mieli kontraktu płytowego. Nie mieli zainteresowania wytwórni. Mieli wizję i 1782 funty (dziś równowartość niemal 200 tysięcy złotych). Page i menedżer Peter Grant osobiście sfinansowali nagranie.
Sesje trwały zaledwie 36 godzin studyjnych, rozłożonych na kilka tygodni. Materiał był właściwie gotowy – zespół jako The New Yardbirds grał wcześniej utwory na żywo podczas skandynawskiego tournée. Teraz wystarczyło "tylko" złapać tę energię na taśmie.
"Nagrywaliśmy w niesamowitym tempie. Oni po prostu wiedzieli, co chcą zagrać" – opowiadał później inżynier dźwięku Glyn Johns.
Jimmy Page pełnił rolę producenta – kontrolował każdy aspekt nagrania, od aranżacji po miksowanie. Efekt? Album, który brzmiał jak nic, co powstało do tej pory. Ciężki, surowy, bluesowy – i definitywnie głośny.
Na okładce debiutanckiego albumu Led Zeppelin z 1969 roku znajduje się słynne zdjęcie katastrofy sterowca Hindenburg – moment eksplozji i płonięcia podczas lądowania w Lakehurst w New Jersey, 6 maja 1937 roku. Wybór ilustracji oczywiście nie był przypadkowy, to nawiązanie do uwagi Moona o "ołowianym sterowcu". Obraz katastrofy Hindenburga doskonale wizualizował tę metaforę – ironicznie, bo zespół okazał się jednym z najbardziej wpływowych w historii rocka.
Krytycy znienawidzili. Fani pokochali
12 stycznia 1969 roku w USA ukazał się album zatytułowany po prostu "Led Zeppelin" – zgodnie z rockową tradycją debiutów. Recenzje były druzgocące.
John Mendelsohn z Rolling Stone napisał, że Jimmy Page to "bardzo ograniczony producent i autor słabych piosenek". Mick Jagger podobno nie był w stanie dosłuchać pierwszej strony winyla do końca. George Harrison? Stwierdził krótko: "okropna płyta".
A jednak – fani zignorowali krytyków. Album wszedł na 10. miejsce Billboard 200 i stał się złotą płytą w siedem miesięcy. Do dziś sprzedał się w ponad 10 milionach egzemplarzy tylko w USA.
W czym tkwi sekret pierwszej płyty Led Zeppelin? Co sprawiło, że pomimo kiepskich recenzji i braku branżowego wsparcia, słuchacze na całym świecie pokochali te mocne, organiczne wręcz brzmienia?
Czytaj także: Japońskie płyty winylowe – na czym polega ich fenomen?
Definicja hard rocka – od „Good Times Bad Times" po „Dazed and Confused"
Od pierwszych taktów „Good Times Bad Times" Led Zeppelin nie pozostawia wątpliwości: będzie głośno, ciężko i bez kompromisów. Perkusja Bonhama drga jak szalona, bas Jonesa nie zwalnia, gitara Page'a przecina powietrze jak brzytwa. Plant emocjonalnym wokalem uzupełnia instrumenty. Chwilami wręcz wrzeszczy. I to działa!
"Led Zeppelin" to jednak nie tylko hałas, czy niedookreślona kakofonia. Album przeskakuje od hard rockowego „Communication Breakdown" (uważanego za pierwszy utwór hard rocka w historii) przez bluesową „I Can't Quit You Baby", po akustyczne „Black Mountain Side" z tablą (tradycyjne indyjskie bębny: jeden mniejszy - dayan, drugi większy - bayan) w tle. To patchwork wpływów – blues, folk, psychodelia – skomponowany w coś zupełnie nowego.
Zwieńczeniem jest „Dazed and Confused" – siedem minut hipnotycznej, mrocznej psychodelii, gdzie Page gra na gitarze... smyczkiem. Wielu odczytało to jako znak, że Led Zeppelin nie będzie zwykłym zespołem rockowym. Powstali, by namieszać i zmienić zasady gry.
Dlaczego warto słuchać „Led Zeppelin" na winylu?
Debiut Led Zeppelin to płyta stworzona z myślą o winylu. Jimmy Page osobiście nadzorował mastering – dbał, żeby bas miał ciężar, a gitary brzmiały ostro i czysto. To muzyka, która wymaga przestrzeni – i tylko winylowy nośnik potrafi oddać głębię, która sprawia, że „Whole Lotta Love" (z "Led Zeppelin II") nadal brzmi groźnie, a „Dazed and Confused" hipnotyzuje.
Winyle Led Zeppelin to obowiązkowa pozycja w kolekcji każdego miłośnika rocka i nie tylko punkt zwrotny w historii muzyki, co doświadczenie, którego nie warto sobie odmawiać.
Vinyl Tamka: kupujemy i sprzedajemy płyty winylowe
Tekst: Alicja Cembrowska
Zdjęcie: Wikipedia
