1 listopada 1994 roku do sklepów muzycznych trafia płyta, która w kilka miesięcy, a właściwie jeszcze przed premierą przeszła do historii. "MTV Unplugged in New York" Nirvany – album wydany niemal siedem miesięcy po śmierci Kurta Cobaina – staje się numerem jeden na liście Billboard 200 i rozchodzi się w tysiącach egzemplarzy. Jednak żeby zrozumieć, w czym tkwi siła płyty, na której nie znajdziemy największych hitów zespołu, musimy cofnąć się do jesieni 1993 roku…
Czytaj także:
- Dlaczego starsze wydania winyli są droższe?
-
10 najlepszych płyt rockowych na prezent – klasyka, którą pokocha niemal każde ucho
-
Jak wybrać płytę winylową na prezent? Podpowiadamy
Nie ma w naszym sklepie internetowym płyty, której szukasz?
Napisz wiadomość lub smsa! Być może mamy ją w sklepie stacjonarnym na Chmielnej 20 w Warszawie :)
Studio nagraniowe niczym sala pogrzebowa
18 listopada 1993. Nowojorskie studio Sony Music. Na charakterystycznej scenie stoją czarne świecie i białe lilie. Nad nią zawieszono kryształowy żyrandol. Producent Alex Coletti z niedowierzaniem dopytuje autora tej koncepcji, czy naprawdę chciał osiągnąć wizualne skojarzenie z pogrzebem. Kurt Cobain odpowiada: "Dokładnie. Jak pogrzeb".
W tamtym momencie nikt nie wie, że dekoracja za kilka miesięcy nabierze przerażająco dosłownego znaczenia. Chociaż uczestnicy koncertu wspominają dziwne napięcie...
Próby były koszmarne. Nirvana przez dwa dni ćwiczyła w ośrodku w stanie New Jersey. Zespół miał problemy z wykonaniem różnych utworów. Cobain borykał się z objawami odstawienia narkotyków. Był wyczerpany i nerwowy. Od ponad tygodnia nie mył włosów. Miał również inną niż MTV wizję tego występu.
Dave Grohl wspominał później, że nie byli pewni, czy w ogóle powinni nagrywać ten koncert. Jednak MTV naciskało – chcieli hitów i znanych nazwisk jako gości (Eddie Vedder! Tori Amos!). Dostali zestaw coverów, mało znane utwory z "Bleach" i "In Utero" oraz Meat Puppets – gościnny zespół, o którym większość widzów nigdy nie słyszała.
Producent Alex Coletti wspominał, że stacja była niezadowolona z takiego obrotu sprawy. Dzień przed rozpoczęciem zdjęć Cobain odmówił udziału w nagraniach. Ostatecznie pojawił się w studiu. Osoba, która była wtedy na planie, wspomina, że nie było tam śmiechów i żartów: "Wszyscy byli nieco zaniepokojeni występem Kurta".

Grunge w swetrze
Lata 90. to czas, kiedy Seattle zmienia oblicze rocka. Grunge – brudny i surowy zrodzony w underground'owych klubach lat 80. – nagle eksploduje i przestaje być gatunkiem niszowym. Wyobraźnię zbiorową przejmują przesterowane gitary i piosenki o alienacji, ale też flanelowe koszule, rozciągnięte swetry i podarte jeansy.
Czołowymi reprezentantami muzyki grunge są Nirvana, Pearl Jam, Soundgarden czy Alice in Chains. To jednak ten pierwszy zespół stał się głosem pokolenia X – pokolenia, które obserwuje przyspieszenie mediów i technologii, ale też kapitalizmu i konsumpcjonizmu; które nie chce uśmiechać się do kamer i woli wykrzyczeć swoje niepokoje.
"Smells Like Teen Spirit" z albumu "Nevermind" (1991) było hymnem milionów sfrustrowanych młodych ludzi i właściwie do dzisiaj przynależy do buntowników. Jest w tym jednak duża przewrotność. Nirvana sprzedawała miliony płyt i grała na stadionach, a Kurt Cobain stał się ikoną, chociaż wcale o to nie zabiegał. Nienawidził bycia gwiazdą. Czuł się jak oszust w świecie, który go ubóstwiał.
Vinyl Tamka: poznaj naszą kolekcję muzyki rockowej na winylach!
Nirvana MTV Unplugged – koncert, który złamał wszystkie zasady
Styl Nirvany i stacja muzyczno-rozrywkowa MTV – zdaje się, że to światy nie do pogodzenia. Jednak pomimo "brudnego" stylu i wizji artystycznych Cobaina zespół staje się doskonale sprzedającym produktem. A produkt, który zarabia, musi być ekspresowo włączony w tryby systemu.
Tak Krist Novoselic (bas), Dave Grohl (perkusja), Pat Smear (gitara), Lori Goldston (wiolonczela) i Kurt Cobain (wokal, gitara) trafiają do modnego formatu MTV Unplugged. Reguły były proste: gwiazdy grały akustyczne wersje swoich największych przebojów, publiczność klaskała, wszyscy byli szczęśliwi. Nirvana zignorowała każdą z tych zasad.
Zamiast "Smells Like Teen Spirit", "Lithium" czy "Come as You Are" (który zagrali tylko raz), zespół zaproponował setlistę, która brzmiała jak osobista ścieżka dźwiękowa duszy Cobaina. Sześć coverów. Utwory The Vaselines, Meat Puppets, Leada Belly'ego. I mroczny, przejmujący "The Man Who Sold the World" Davida Bowiego, który brzmiał niczym z rozdartego na pół serca.
Występ Nirvany nie w pełni był również "akustyczny". Cobain nalegał na podłączenie swojej gitary do wzmacniacza. Coletti zbudował atrapę, by zamaskować cały osprzęt, więc widownia nie wiedziała, że dźwięk nie do końca jest "bez prądu". Producent wyjaśnił później, że był to "kocyk bezpieczeństwa dla Kurta": "Przyzwyczaił się do takiego brzmienia gitary. Chciał tych efektów. Słychać to w The Man Who Sold the World. To gitara akustyczna, ale on ewidentnie korzysta ze wzmacniacza".
Amy Finnerty, dyrektorka MTV, wspominała atmosferę w studio: "Ludzie zobaczyli swoją wersję Boga grającego kilka metrów przed nimi". Chwilami panowała taka cisza, jakby wszyscy wstrzymywali oddech i całkowicie skupiali się na tym, czego doświadczają.
Po ostatnim utworze – "Where Did You Sleep Last Night" – Kurt wziął papierosa, podszedł do widowni, by poprosić o zapalniczkę. Rozdał kilka autografów. Było w tym zwyczajnym geście coś abstrakcyjnego – zaledwie chwilę temu tchnął w widownię nadzieję, że i on, i Nirvana mają przed sobą niezwykłą muzyczną przyszłość. "The Guardian" pisał, że zespół był "na progu nowego kierunku muzycznego, wykraczającego poza grunge'owe korzenie". David Browne z Rolling Stone, który na żywo słuchał koncertu, wspomina, że na chwilę wszyscy uwierzyli, że Kurt Cobain z zespołem wkraczają właśnie w nową, wspaniałą erę.
Producenci żądali bisu – Cobain odmówił. Wiedział, że nie da rady przewyższyć tego, co właśnie zrobił. I miał rację – jego wykonanie piosenki Leada Belly'ego (swojego "ulubionego wykonawcy wszech czasów") było tak intensywne, tak przejmujące, że Neil Young ocenił jego wokal jako "nieziemski": "Jak wilkołak. Niesamowite".
Coś, co jeszcze zwróciło uwagę krytyków i widzów, to ułamek sekundy zarejestrowany na kamerze. "W ostatnim wersie, I would shive the all night through, Cobain podskakuje o oktawę wyżej, zmuszając się do tak wielkiego wysiłku, wręcz krzyczy, jego głos się łamie. Uderza w słowo shive tak mocno, że zespół milknie, jak wtedy, gdy na weselu w sitcomie wybuch bójka. Następnie wykrzykuje słowo all, a potem w krótkiej ciszy, która po tym następuje, robi coś bardzo dziwnego, coś, co trudno opisać: otwiera przenikliwie niebieskie oczy tak nagle, że ma się wrażenie, jakby to ktoś lub coś innego z dziwną jasnością patrzyło spod prostej grzywki" – pisał w 2013 roku krytyk Andrew Wallace Chamings w "The Atlantic".
W przeciwieństwie do wielu artystów, którzy wystąpili w programie, Nirvana sfilmowała cały koncert (14 utworów), w jednym ujęciu.
"Drugie arcydzieło Nirvany po Nevermind"
5 kwietnia 1994 roku Kurt Cobain popełnia samobójstwo w swoim domu w Seattle. Ma 27 lat.
1 listopada 1994 roku "MTV Unplugged in New York" trafia do sprzedaży. Album debiutuje na pierwszym miejscu listy Billboard 200. To najlepszy wynik sprzedażowy Nirvany w pierwszym tygodniu w całej historii zespołu. Do marca 1995 roku album wyprzedza "In Utero" – osiąga 6,8 miliona sprzedanych egzemplarzy.
Krytycy są jednomyślni. Płyta jest nie tylko dobrym zapisem koncertu. To arcydzieło. Amerykański krytyk muzyczny Robert Christgau porównuje wokal Kurta do Johna Lennona z "Plastic Ono Band". Charles M. Young z Rolling Stone nazywa go "drugim arcydziełem Nirvany po Nevermind" i pisze, że Cobain mógł "zrewolucjonizować muzykę folkową tak samo, jak zrewolucjonizował rock".
Album "MTV Unplugged in New York" Nirvany zdobywa Grammy w kategorii Najlepsze wykonanie – Muzyka Alternatywna. Rolling Stone umieszcza go na 279. miejscu listy 500 najlepszych albumów wszech czasów. Magazyn NME nazywa go najlepszym albumem koncertowym w historii.
"MTV Unplugged in New York" Nirvany na winylu
Oryginalne amerykańskie wydanie "MTV Unplugged in New York" z 1994 roku

Dlaczego amerykańskie tłoczenia są tak cenione przez kolekcjonerów muzyki rockowej?
Po pierwsze – jakość. Amerykańskie wytwórnie winylowe w latach 90. stosowały precyzyjne techniki masteringu i tłoczenia. DGC Records zadbało o to, by każdy detal tej intymnej sesji – każdy szmer, każdy oddech Kurta, każde drgnięcie wiolonczeli Lori Goldston – był wiernie odwzorowany. Amerykańskie wytwórnie w czasach gdy nakłady winyli były niewielkie (dominowały płyty CD) często wykorzystywały lepsze gatunki PVC, co przekładało się na czystszy, pełniejszy dźwięk.
Po drugie – autentyczność. Płyta nie jest reedycją, to oryginał, wytłoczony w tym samym roku, kiedy album ujrzał światło dzienne. Dla wielu kolekcjonerów amerykańskie pierwsze tłoczenia mają inną energię – są bliżej źródła, bliżej artysty, bliżej intencji.
Wielu audiofilów twierdzi, że muzyka rockowa i amerykańskie tłoczenia to duet doskonały – amerykańskie tłoczenia mają więcej "mięsa" w dolnych częstotliwościach, lepiej oddają dynamikę i surową energię, która jest esencją rocka. W przypadku "Unplugged" ta jakość ma jeszcze większe znaczenie – to album, w którym każdy szczegół ma znaczenie, gdzie cisza między dźwiękami mówi równie wiele co same dźwięki.
"MTV Unplugged in New York" Nirvany to rzadki egzemplarz, ale i szansa, by usłyszeć jeden z najważniejszych koncertów w historii muzyki tak, jak powinien być słyszany.
Płyta, która stała się pożegnaniem
"MTV Unplugged in New York" nie miało być testamentem Kurta Cobaina. Koncert Nirvany był jednym z trzech nagrywanych w tamtym tygodnia przez MTV. Dzień później do studia weszli Stone Temple Pilots, potem Tony Bennett. Ekipa techniczna rozmontowała scenę natychmiast po występie – żyrandol, lilie, świece. Wszystko zniknęło.
"To nadal powinno tam stać – zakonserwowane w szkle. Ale wtedy nie wiedzieliśmy..." – mówił producent Alex Coletti.
Dziś album "MTV Unplugged in New York" pozostaje nie tylko świadectwem talentu Cobaina, ale też przypomnieniem, że czasem największa siła kryje się w kruchości. Że cisza potrafi krzyczeć.
Tekst: Alicja Cembrowska
Zdjęcie: YouTube