5 grudnia 1980, Warfield Theatre, San Francisco. Publiczność wstrzymuje oddech. Na scenie trzech mężczyzn, trzy gitary akustyczne, zero powtórek. Al Di Meola, John McLaughlin, Paco de Lucía. Wieczór, który na zawsze zmieni myślenie o możliwościach gitary.
Vinyl Tamka: sprzedajemy i kupujemy winyle!
1980: Rok, gdy w muzyce nie dzieje się nic i wszystko
12 lipca 1979 roku przeszedł do historii jako "Disco Demolition Night", czyli noc, kiedy muzyka disco została spalona. I to dosłownie. Pomysłodawcą takiego potraktowania gatunku, który narodził się w połowie lat 70., był radiowiec Steve Dahl, który obiecał każdemu bilet na mecz baseballowym w Chicago za 98 centów, pod warunkiem, że przyniosą swoje płyty. Swoją drogą, mówi się, że sam Dahl miał osobiste porachunki z disco – zwolniono go z poprzedniej rozgłośni, która zmieniła format na bardziej taneczny.
Z zaproszenia rozżalonego dziennikarza skorzystało blisko 50 tys. osób, gdy tradycyjne spotkania sportowe gromadziły maksymalnie 20 tys. chętnych. Trudno określić, czy tłumy przyciągnęła rzeczywista niechęć do rytmicznych kawałków, czy raczej wizja rozruby, do której, a jakże, doszło. Plan był teoretycznie prosty: pomiędzy meczami w powietrze wysadzona zostanie skrzynia z płytami z muzyką disco.
Disco uważane było to "komercyjne" i "plastikowe". Z drugiej – muzykę tę kojarzono z klubami gejowskimi i czarną społecznością. Disco właściwie wyparło muzykę rockową, a w związku z tym biała i heteroseksualna publiczność czuła się wykluczona z mainstreamu.
W praktyce po eksplozji na środek boiska wtargnęły setki osób. Zapłonęły kolejne płyty Donny Summer i Bee Gees, a na zadeptanej murawie nie mógł odbyć się tego dnia już żaden mecz. Disco, nomen omen nie tylko symbolicznie, umarło tej nocy. Radia zaczęły stopniowo ograniczać puszczanie piosenek reprezentatywnych dla tego gatunku.
"Disco" stało się przekleństwem. Artyści i wytwórnie przestali używać tego słowa – Donna Summer nagrywała teraz "pop-rock", Chic stało się "funkowe". Gatunek może nie umarł, ale nazwa była coraz bardziej wypierana. Disco przekształciło się w dance-pop, dance, R&B", a także post-disco, boogie, hi-NRG – gatunki, które kilka lat później dały początek house'owi.

Rok później branża muzyczna nadal się miota i nie wie, co dalej. MTV jeszcze nie istnieje (wystartuje w sierpniu 1981 roku kawałkiem "Video Killed the Radio Star" The Buggles). Nie ma teledysków. Jedyna szansa, by zobaczyć artystę, to koncert.
Muzyka w radiu to głównie New Wave, które wyewoluowało z (wypalonego już) punku. Sex Pistols rozpadli się w 1978 roku. Sid Vicious umarł w lutym 1979. The Clash jeszcze działają, ale punkowa rewolucja już się skończyła. Pojawiają się głosy, że punk rock się wyczerpał – przyćmił stare rockowe zespoły, ale nie zbudował na tyle mocnego fundamentu, by trwać.
Złagodzenie brzmień prowadzi do wzmocnienia nowej fali. Mainstream to Talking Heads, Devo, The Cars, Blondie, Gary Numan. Syntezatory, automaty perkusyjne i futurystyczne brzmienia, które doskonale współgrają z erą wycieczek kosmicznych i przyspieszenia technologicznego.
A co z jazz fusion? Cóż, i na tym polu można mówić o kryzysie. Miles Davis milczy od lat, wróci dopiero w 1981 roku. Return to Forever – supergrupa Chicka Corei, w której grał Al Di Meola – rozpadła się w 1977. The Mahavishnu Orchestra – legendarny zespół Johna McLaughlina – zakończył działalność w 1976 roku. Weather Report ledwo wiąże kawałek z kawałkiem, Jaco Pastorius (basista) ma problemy z alkoholem.
Co więcej fusion było za skomplikowane dla fanów rocka, za rockowe dla fanów jazzu. Radio chciało hitów, a nie długich, jazzowych improwizacji. Wytwórnie chciały zarabiać (w tym doskonale sprawdzało się disco) i mało wydawać (ten aspekt zapewniało new wave, w którym kilku muzyków można było zastąpić syntezatorem). Złota era jazz fusion skończyła się w 1977 roku.
Vinyl Tamka: poznaj naszą kolekcję jazzu na winylu!
Ten przydługi zarys kontekstu nieubłaganie pcha nas do 5 grudnia 1980 roku. Do Warfield Theatre w San Francisco.
Do chwili, gdy w ten świat – pełen robotycznej perkusji, syntezatorów, nowych brzmień i nowych technologii, martwego disco i jazz fusion bez nadziei – wkraczają trzej goście z akustycznymi gitarami. Bez elektryczności. Bez efektów. Tylko struny, palce i talent.
Trzy gitary, trzy światy
Al Di Meola ma 26 lat. Jest Amerykaninem włoskiego pochodzenia, absolwentem Berklee College of Music i gwiazdą Return to Forever – jazzfusionowej supergrupy Chicka Corei. Super moc: alternate picking, czyli szybkie uderzenia kostką, na poziomie nieludzkim. Perfekcjonista. Technik. Ale z iście południowym temperamentem.

Di Meola z Chickiem Coreą, Nowy Jork, 1976
John McLaughlin. 38 lat. Brytyjczyk. Legenda z The Mahavishnu Orchestra – jazzrockowego zespołu, który zmieszał Coltrane'a z Ravim Shankarem. Duchowość, improwizacja, prędkość. Gra na gitarze jak na sitarze. To przykład spotkania jazz fusion z mistycyzmem indyjskim.

John McLaughlin na Berkeley Jazz Festival w 1980 roku
Paco de Lucía. 33-letni Hiszpan. Flamenco i tradycja andaluzyjska płynie w jego żyłach. Jednak daleko mu do tradycjonalisty. Ba, to raczej typ rewolucjonisty, który jako pierwszy zmieszał flamenco z jazzem. Gra na gitarze flamenco Conde Hermanos – legendarnej gitarze z nylonowymi strunami, ręcznie robionej w Madrycie. Nie umie czytać nut. Gra z serca.

Paco de Lucia w 1983 roku
Mamy zatem trzy różne światy muzyczne i różne wrażliwości. Gdy nałożymy je na szerszy kontekst, dostejmy wydarzenie, które musiało przejść do historii.
W 1980 nie ma dominującego gatunku – disco umarło, punk się wypalił, klasyczny rock jest trochę passé. Muzyka szuka nowych kierunków. "Friday Night in San Francisco" pojawia się w tym "pomiędzy", gdy publika czeka na coś dobrego, ale nie ma do końca sprecyzowanych potrzeb. Również wizualnych (pamiętajmy – czasy przed teledyskami!). Di Meola, McLaughlin, de Lucia nie wyglądali jak gwiazdy rocka, nie mieli fikuśnych makijażów i skandalicznych kostiumów.
I dalej: grali na gitarach akustycznych. W czasach szału na elektryczność i kable, oni właściwie stali się ruchem oporu przeciwko maszynom. Halo, akustyka nadal żyje!
Mediterranean Sundance: Moment, w którym czas się zatrzymuje
Pierwszy utwór. "Mediterranean Sundance / Rio Ancho". Di Meola i Paco de Lucía grają w duecie. Al gra na gitarze akustycznej Ovation ze stalowymi strunami – jasny, dzwonkowaty dźwięk, typowy dla fusion i rocka. Paco gra na gitarze Conde Hermanos z nylonowymi strunami – to pozwala mu osiągnąć cieplejszy, bardziej intymny dźwięk, klasyczny dla flamenco.
Zaczyna się magia.
Picado to technika flamenco, w której gitarzysta gra szybkie nuty dwoma palcami (wskazującym i środkowym), jak młoteczki uderzające w struny. Paco gra picado z niebywałą prędkością: 16 uderzeń w strunę w ciągu jednej sekundy. Ludzkie ucho ledwo nadąża.
Di Meola odpowiada metodą alternate picking – szybkie uderzenia kostką, góra-dół-góra-dół, w tempie które wydaje się niemożliwe. Precyzja jak u maszyny i emocje, których nie da się zaprogramować.
Publiczność w Warfield Theatre jak zahipnotyzowana obserwuje, co się dzieje. To nie jest zwykły koncert. Trzej przyjaciele grają dla siebie nawzajem – rywalizują i współpracują, z szacunkiem i po przyjacielsku. Przekazują sobie solówki. I nagle – unisono. Di Meola i Paco grają tę samą melodię w tym samym momencie, z dwóch różnych światów muzycznych. Stalowe struny spotykają nylonowe. Fusion spotyka flamenco. Ameryka spotyka Europę.
Dziennikarze napiszą później: "zapierające dech w piersiach", "oszałamiające", "bezprecedensowe". Krytyk jazzowy Walter Kolosky porówna ten koncert do występu Benny'ego Goodmana w Carnegie Hall w 1938 – wydarzenia, które na zawsze zmieniło historię muzyki.
Bez powtórek, bez planu B
Później na scenę dołącza John McLaughlin i trzecia gitara. "Short Tales of the Black Forest", "Frevo Rasgado", "Fantasia Suite". Każdy utwór to podróż. Jazz, flamenco, fusion, klasyka – wszystko tu miesza się i stopniowo ujawnia siłę i moc żywych instrumentów.
Próby? Niewiele. Plan? Raczej improwizacja. Trzy gitary akustyczne, trzy mikrofony, zero efektów specjalnych.
Zadziałało. Album "Friday Night in San Francisco", wydany w 1981 roku, sprzedał się w ponad 5 milionach egzemplarzy. Wynik niewyobrażalny na akustycznego albumu "na żywo".
"Friday Night in San Francisco" na japońskim winylu to najlepszy sposób, żeby usłyszeć ten koncert tak, jak brzmiał w Warfield Theatre. Ciepło akustycznych gitar. Oddech gitarzystów między frazami. Picado Paco, które brzmi jak deszcz na dachu.
Gitarzyści, którzy zmienili świat
Koncert w San Francisco wpłynął na styl tysięcy gitarzystów. Stał się inspiracją, sugestią, pokazem możliwości.
Steve Vai (Whitesnake) mówił, że "Friday Night" pokazało mu, że gitara może być orkiestrą.
John Petrucci (Dream Theater) cytuje ten album jako inspirację do technicznego mistrzostwa.
Kirk Hammett (Metallica) mówił, że słuchał tego albumu podczas tras. Prędkość Di Meoli wpłynęła na jego solówki.
Przed "Friday Night in San Francisco" akustyczna gitara utożsamiana była z country, folkiem, songwriterami; graniem trochę niszowym, nieraz przaśnym. Nagle surowe brzmienie i wirtuozerskie drgania strun wkroczyły do mainstreamu.
To historia, która udowadnia, że w erze syntezatorów, trzy akustyczne gitary, albo może raczej wrażliwość tych, którzy za ich pomocą chcą coś opowiedzieć, mogą zmienić naprawdę wiele.
Tekst: Alicja Cembrowska
Zdjęcie: Wikipedia / Al Di Meola, John McLaughlin, and Paco de Lucía (Barcelona, Hiszpania, 1980)
