Keith Jarrett wchodzi na scenę w Kolonii. Ma 29 lat i okropne bóle pleców po wielogodzinnej podróży samochodem z Zurychu. Mało spał. Jest wyczerpany, sfrustrowany i absolutnie pewien, że zaplanowanego koncertu nie da się zagrać.
TOP BAR
Keith Jarrett wchodzi na scenę w Kolonii. Ma 29 lat i okropne bóle pleców po wielogodzinnej podróży samochodem z Zurychu. Mało spał. Jest wyczerpany, sfrustrowany i absolutnie pewien, że zaplanowanego koncertu nie da się zagrać.
Siedem utworów. Ponad czterdzieści minut muzyki. "Blackstar" brzmi całkowicie odmiennie od tego, co Dawid Bowie wcześniej nagrał – mroczny, niepokojący, pełen jazzowych dysonansów i elektronicznych szumów. Saksofony Donny'ego McCaslina brzmią jak skowyt, rytmy wydają się jakieś połamane. Coś w tym albumie niepokoi, ale to Bowie – artysta, który całą karierę budował na nieprzewidywalności.
Led Zeppelin, Black Sabbath, The Doors, Iron Maiden – często to nie tylko nazwy zespołów, ale jednocześnie tytuły płyt. Niektórych może dziwić, że wiele albumów, które obecnie uznawane są za kultowe, nie dostało indywidualnych nazw i widnieje pod szyldem kapel, które je nagrały. Dlaczego? Skąd taki pomysł i dlaczego jest tak popularny?
Był może 1958 lub wczesny 1959 rok. W samolocie z Nowego Jorku do San Francisco Billie Holiday zaczęła pisać o swoim życiu. Obok niej siedział pianista, Mal Waldron. Podróż była długa – samoloty nie były jeszcze tak szybkie, jak współcześnie. Co można robić w podróży? Na przykład napisać piosenkę.
Trójkąt z pryzmatem optycznym, 950 tygodni na liście Billboard i status jednego z najważniejszych albumów w historii muzyki – "The Dark Side of the Moon" Pink Floyd to więcej niż płyta. To kulturowy fenomen, który od 1973 roku nieustannie przyciąga nowych słuchaczy i kolekcjonerów winylu. Czym zawdzięcza swoją wyjątkowość ten mroczny, koncepcyjny album o kruchości ludzkiego istnienia?