Dlaczego tyle płyt jako tytuł ma nazwę zespołu? Wyjaśniamy, co oznacza "self-titled albums"

0
Dlaczego tyle płyt jako tytuł ma nazwę zespołu? Wyjaśniamy, co oznacza "self-titled albums"

Led Zeppelin, Black Sabbath, The Doors, Iron Maiden – często to nie tylko nazwy zespołów, ale jednocześnie tytuły płyt. Niektórych może dziwić, że wiele albumów, które obecnie uznawane są za kultowe, nie dostało indywidualnych nazw i widnieje pod szyldem kapel, które je nagrały. Dlaczego? Skąd taki pomysł i dlaczego jest tak popularny?

 

Vinyl Tamka: kupujemy i sprzedajemy winyle

 

 

 

Self-titled album – co to właściwie znaczy?

"Self-titled album" (po polsku: album epinomiczny lub po prostu album noszący nazwę zespołu) to płyta, której tytuł jest identyczny z nazwą artysty lub grupy. W muzyce rockowej to niezwykle powszechna praktyka, szczególnie w przypadku debiutów. Anglojęzyczni dziennikarze muzyczni używają również terminu "eponymous album", choć "self-titled" jest bardziej przystępne i częściej spotykane.

Debiut: "Cześć, jesteśmy Iron Maiden"

Najczęściej albumy bez osobnego tytułu pojawiają się właśnie jako debiuty. Dlaczego? To proste – pierwszy album to wizytówka. Kiedy młody zespół wchodzi na rynek, najważniejsze jest, żeby ludzie zapamiętali jego nazwę. Album zatytułowany po prostu "The Doors" nie pozostawia żadnych wątpliwości – to The Doors, a to jest ich muzyka.

Podobna strategia towarzyszyła debiutowi The Clash z 1977 roku – punk rockowy manifest już samym tytułem krzyczy: "Zapamiętajcie tę nazwę!". Chodzi o to, by nie rozpraszać uwagi, dostarczyć słuchaczom esencję tego, czym jest dany zespoł.

Również Black Sabbath w 1970 roku przedstawił się światu albumem noszącym ich nazwę. Co ważne, była to pierwsza prawdziwie heavymetalowa płyta w historii. Bardzo black :)

Iron Maiden w 1980 roku również postawili na tradycyjny self-titled debut – dziś to jeden z kamieni milowych NWOBHM (New Wave of British Heavy Metal).

 

Czytaj także: Sealed, reissue, EP i insert – wyjaśniamy, co oznaczają skróty i oznaczenia na winylach

 

Strategia marketingowa czy brak pomysłu?

Krytycy koncepcji "nazwa zespołu i tytuł płyty w jednym" zarzucają muzykom lenistwo czy brak inwencji twórczej. Prawda jest jednak bardziej złożona. Self-titled album to przemyślana decyzja artystyczna i marketingowa:

  1. Branding – Wbijanie nazwy zespołu w świadomość słuchaczy. Gdy ktoś pyta "Czego słuchasz?", odpowiedź "The Smiths" brzmi o wiele prościej niż "Album XYZ zespołu The Smiths".
  2. Statement – "To jesteśmy MY. To nasza esencja". Zespół mówi: ten album w pełni nas reprezentuje.
  3. Brak zamieszania – Szczególnie ważne dla debiutów. Nikt nie myli albumu z nazwą zespołu, bo są identyczne.

Nie tylko debiuty – powroty i nowe początki

Choć self-titled albumy kojarzą się z debiutami, zespoły sięgają po tę konwencję również na późniejszych etapach kariery. Po co, zakładając, że są już znane? Taki zabieg może oznaczać artystyczny restart lub powrót do korzeni.

Najbardziej klasyczny z klasycznych przykładów? The Beatles (White Album) z 1968 roku – dziewiąty album studyjny czwórki z Liverpoolu. Po psychodelicznym "Sgt. Pepper's" muzycy wrócili do surowych, różnorodnych brzmień i minimalistycznej estetyki. Biała okładka wyłącznie z nazwą zespołu była manifestem: "To my, The Beatles, bez sztuczek".

Podobnie Metallica w 1991 roku – ich piąty album, powszechnie znany jako "Black Album" (od czarnej okładki), był ponownym przedstawieniem się zespołu szerszej publiczności i jednocześnie ich komercyjnym przełomem.

Inny przykład: The Smiths – choć był to ich debiut (1984), zespół potraktował go jako definicję tego, kim są: melancholijni, poetyccy, do szpiku brytyjscy.

Ekstremalne przypadki: Chicago i Led Zeppelin

Zdarza się również, że niektóre zespoły wręcz nadużywają tej konwencji. Amerykańska grupa Chicago wydała dziesiątki albumów nazywanych po prostu "Chicago" – większość z numerkami (Chicago II, Chicago III itd.). Z kolei Led Zeppelin ma aż cztery self-titled albumy: Led Zeppelin (1969), Led Zeppelin II (1969), Led Zeppelin III (1970) i... czwarty album, oficjalnie bez tytułu, znany jako Led Zeppelin IV (1971), choć zespół celowo nie umieścił na nim żadnego napisu.

Fani często rozróżniają takie albumy po kolorach okładek: White Album (The Beatles), Black Album (Metallica), Blue Album (Weezer).

 

Czytaj także: 36 godzin, które zmieniły historię rocka. Debiut Led Zeppelin był zmiażdżony przez krytyków

 

Irytująca praktyka?

Dla niektórych słuchaczy – zdecydowanie tak. Krytycy muzyczni narzekają, że self-titled albumy utrudniają rozmowy o muzyce ("Który album The Doors masz na myśli?"). Ale z drugiej strony – to działa. Te albumy zostają w pamięci, bo nazwa zespołu i tytuł płyty to jedno.

W końcu, kiedy ktoś mówi "mam The Doors", każdy wie, że chodzi o TEN album – epicki debiut z 1967 roku. Kiedy wspomina się "Black Sabbath", nikt nie ma wątpliwości – to TA płyta, która zmieniła oblicze metalu. 

Tradycja, która przetrwała dekady

Self-titled albums to rockowa konwencja, która przetrwała próbę czasu. Dla debiutów to wizytówka, dla powrotów – manifest. Dla kolekcjonerów winyli to często najważniejsze, definicujące tożsamość zespołu pozycje w dyskografii.

 

Chcesz uzupełnić swoją kolekcję o kultowe self-titled albumy? Sprawdź ofertę Vinyl Tamka – od klasyki heavy metalu po legendy rocka psychodelicznego.

 

 

Tekst: Alicja Cembrowska

Komentarze do wpisu (0)

do góry
Sklep jest w trybie podglądu
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl