Przestawiasz się na winyle lub chcesz sprawdzić możliwości nowego sprzętu i nie wiesz, jaką płytę wybrać? Intuicja dobrze Ci podpowiada, że nie może być to pierwszy lepszy album. Jest specjalna grupa winyli, które służą jako "wizytówki idealnego dźwięku". I to właśnie na nie warto postawić, jeżeli chcemy usłyszeć różnicę.
Płyta referencyjna – w żargonie anglojęzycznym funkcjonuje jako „reference record" lub „demo album" – to nagranie, które nie powstało po to, żeby brzmieć głośno, tylko żeby brzmieć jak trzeba. Jak ujął to serwis Headphonesty w swoim rankingu Top 50 albumów audiofilskich, mówimy tu o winylach, które "obnażają system" – pokazują jego mocne strony, ale i słabości. Na podstawie naszych doświadczeń wybraliśmy 10 płyt winylowych, które sprawdzają się, gdy chcemy potestować sprzęt i sprawdzić jego możliwości, ale co najważniejsze – usłyszeć, co to znaczy dobre tłoczenie i jakościowy mastering.
Czytaj także: First press vs reissue – jak rozpoznać pierwsze tłoczenie i ile dopłacić
Co sprawia, że płyta nadaje się na płytę referencyjną?
Najkrócej: dynamika. Dobra płyta referencyjna ma szeroki zakres dynamiki (DR) i tak zrealizowany dźwięk, że słychać przestrzeń (separację) między instrumentami. Poza tym wyróżnia się czystym masteringiem, czyli:
- nie jest poddana nadmiernej kompresji dynamiki: ciche i głośne fragmenty nie są sztucznie „spłaszczone" do podobnej głośności, tzw. loudness war). Płyta z „czystym" masteringiem zachowuje naturalną różnicę między szeptem a krzykiem.
- nie ma w niej przesterowań i clippingu – dźwięk nie jest ucięty na szczytach głośności, co przy złym masteringu brzmi jak trzask lub zniekształcenie.
- ma właściwy balansczęstotliwości: bas "nie wybija", wysokie tony nie są nadmiernie podbite ani stłumione.
Chodzi zatem o minimalną ingerencję w oryginalny materiał, a to oznacza, że samo nagranie musi być po prostu dobre. Jeżeli na wcześniejszym etapie praca została dobrze wykonana, to nie trzeba dźwiękowi dodawać głębi i nic "podkręcać". Po tych trzech rzeczach (DR, separacja instrumentów i czysty mastering) poznasz, czy Twój system gra, czy tylko odtwarza.
Ranking Headphonesty porządkuje albumy właśnie według zmierzonego zakresu dynamiki z bazy Dynamic Range Database – im wyżej, tym mniej kompresji i więcej „powietrza". Kluczowe cechy, których szukamy na płycie referencyjnej, to: scena dźwiękowa (czy instrumenty mają swoje miejsce w przestrzeni), detal (czy słychać drobiazgi, oddech, wybrzmienia) i kontrola basu (czy niskie tony są konkretne, a nie rozlane).
Ważne zastrzeżenie: rekomendacje Headphonesty często dotyczą CD, SACD, a nawet plików cyfrowych – nie zawsze winylu. My wybraliśmy konkretne, przetestowane tłoczenia winylowe, które pojawiają się w Vinyl Tamka.
10 winyli, dzięki którym poznasz możliwości sprzętu
Tracy Chapman — „Tracy Chapman" (1988)
Nasza rekomendacja: niemieckie wydanie Elektra Records z 1988 roku (7559 60774-1). Album nagrano cyfrowo, ale zmasterowano analogowo w legendarnym nowojorskim studiu Masterdisk – stąd ciepło i intymność brzmienia przy jednoczesnej precyzji. „Fast Car" na dobrym systemie brzmi, jakby Chapman grała w Twoim salonie.
Michael Jackson — „Thriller" (1982)
Nasza rekomendacja: japońskie wydanie Epic z serii Master Sound (1984, 30 3P 431) – audiofilska linia z dokładniejszym cięciem i lepszą separacją niż standardowe tłoczenia. Sekcja rytmiczna „Billie Jean" trzyma się w ryzach nawet przy dużej gęstości produkcji.
Al Di Meola, John McLaughlin, Paco de Lucía — „Friday Night in San Francisco" (1981)
Nasza rekomendacja: japońskie wydanie CBS/Sony Master Sound (30 AP 2136, digital mastering, audiophile). Trzech gitarzystów akustycznych na jednej scenie to test na to, czy Twój system rozdziela instrumenty, gdy grają w tym samym rejestrze i tempie.
Donald Fagen — „The Nightfly" (1982)
Nasza rekomendacja: japońskie tłoczenie Warner Bros (P11264, audiophile) – numer jeden rankingu Headphonesty, jedno z pierwszych w pełni cyfrowych nagrań pop, które mimo to zachowało ciepło. „I.G.Y." to test na to, czy linia basu ma „snap"*, a wokal nie ginie w gęstej produkcji.
* Snap w kontekście basu oznacza wyraźny akcent na początku dźwięku – moment, w którym struna (albo w tym przypadku bardziej prawdopodobnie syntezator/sample, bo „I.G.Y." Fagena jest mocno elektroniczny) uderza i dźwięk natychmiast osiąga pełną głośność, zamiast „narastać".
Praktyczne rozróżnienie:
- Bas ze "snapem" – słyszysz wyraźny początek każdej nuty, kontur jest ostry, rytm czytelny nawet przy szybkich sekwencjach. Brzmi jak uderzenie, nie jak fala.
- Bas bez "snapu" (rozlany) – nuty "wchodzą w siebie", nie słychać wyraźnie, gdzie kończy się jedna, a zaczyna druga. Brzmi jak gęsty, niewyraźny "bulgot" w tle.
Snap to dobry test dla sprzętu, bo słaby gramofon, tania wkładka albo kolumny z niekontrolowanym niskotonowym głośnikiem właśnie na tym się "wysypują" – bas zaczyna "pływać" i traci precyzję ataku, zwłaszcza przy szybszych liniach basowych.
Dire Straits — „Brothers in Arms" (1985)
Nasza rekomendacja: japońskie tłoczenie Vertigo z 1985 roku. Klasyk sal odsłuchowych – jeden z najczęściej używanych albumów referencyjnych na świecie, dziś ceniony za gładkie góry i przestronne obrazowanie stereo.
Holst — „The Planets" (Zubin Mehta, London/The Super Analogue Disc)
Nasza rekomendacja: japońskie wydanie z serii The Super Analogue Disc – linii tłoczeń zaprojektowanej specjalnie pod kątem maksymalnej wierności analogowej. Nagranie orkiestrowe w takim wydaniu to test skali, sceny dźwiękowej i tego, jak system radzi sobie z pełną orkiestrą symfoniczną bez zlewania sekcji w jedną masę.
Pink Floyd — „The Dark Side of the Moon" (1974)
Nasza rekomendacja: japońskie tłoczenie Harvest/EMI z 1974 roku. Klasyka gatunku jeżeli mowa o płytach referencyjnych – bicie serca w „Speak to Me", zegary w „Time" i pętla kasy w „Money" to sprawdzone testy na dramaturgię efektów bez przesterowania.
Nirvana — „MTV Unplugged in New York" (1994)
Nasza rekomendacja: amerykańskie wydanie DGC z 1994 roku – bliskie oryginalnemu wydaniu CD, które Headphonesty poleca jako wzorcowe. Minimum obróbki, słyszalna obecność pomieszczenia, kruchość wokalu Cobaina – sprawdzian naturalności bez podkoloryzowania.
Steely Dan — „Aja" (1977, Canada, red vinyl)
Nasza rekomendacja: rzadkie kanadyjskie wydanie ABC Records na czerwonym winylu. To przede wszystkim gratka kolekcjonerska – kolor nie poprawia brzmienia, ale to solidne, klasyczne tłoczenie z epoki. Test na to, czy system panuje nad złożonością warstwowych aranżacji i utrzymuje dęciaki w swoim miejscu, zamiast zlewać je w jedną masę.
Judas Priest — „Killing Machine" (2014, MOFI)
Nasza rekomendacja: amerykańskie, numerowane wydanie Mobile Fidelity Sound Lab (MOFI 1036) – jednej z najbardziej cenionych na świecie wytwórni specjalizujących się w audiofilskich reedycjach. Metal na dobrym systemie nie musi oznaczać chaosu – MOFI pokazuje, że nawet ciężkie brzmienie można zmasterować z zachowaniem przestrzeni.
Ceny proponowanych wydań wahają się od ok. 200 zł (Tracy Chapman) po ponad 600 zł za rzadsze tłoczenia jak Aja na czerwonym winylu.
Jak słuchać płyty referencyjnej, żeby faktycznie coś usłyszeć?
Po pierwsze, słuchaj w skupieniu. Usiądź w punkcie, w którym kolumny grają wprost do Ciebie, i wyłap trzy rzeczy naraz: gdzie stoją instrumenty, co dzieje się w ciszy i jak zachowuje się bas. Na „Friday Night in San Francisco" posłuchaj, czy trzy gitary mają swoje miejsce. Na „MTV Unplugged" – ile słychać w najcichszych fragmentach. Na „Brothers in Arms" jak daleko sięga scena.
Po drugie, pamiętaj o tłoczeniu. Ta sama płyta w różnych wydaniach potrafi brzmieć zupełnie inaczej – audiofilskie reedycje typu MOFI, Master Sound czy Super Analogue Disc, half-speed mastering czy tłoczenia japońskie bywają lepsze od pierwszych wydań, ale nie zawsze. Czasem to właśnie oryginał z epoki, jak w przypadku Tracy Chapman, jest tym najlepiej brzmiącym egzemplarzem. To temat, który rozwijamy w naszym przewodniku po pierwszych tłoczeniach i reedycjach.
Kompletujesz zestaw płyt referencyjnych? Przejrzyj naszą kolekcję starych wydań!
Tekst: Alicja Cembrowska
Zdjęcie: Evgeniy Smersh/Unsplash