Siedem utworów. Ponad czterdzieści minut muzyki. "Blackstar" brzmi całkowicie odmiennie od tego, co Dawid Bowie wcześniej nagrał – mroczny, niepokojący, pełen jazzowych dysonansów i elektronicznych szumów. Saksofony Donny'ego McCaslina brzmią jak skowyt, rytmy wydają się jakieś połamane. Coś w tym albumie niepokoi, ale to Bowie – artysta, który całą karierę budował na nieprzewidywalności.
8 stycznia 2016 roku David Bowie obchodził 69. urodziny. Tego samego dnia do sklepów trafił "Blackstar" – dwudziesty ósmy i ostatni album studyjny brytyjskiego piosenkarza i kompozytora. Dwa dni później świat stracił artystę na zawsze.
Vinyl Tamka: kupujemy i sprzedajemy winyle
Intensywne ostatnie lata
Pierwsze prace nad "Blackstar", możliwe, że jeszcze bez planu i świadomości, że oto powstaje materiał na ostatni album, zaczęły się niemal dwa lata przed premierą. Kilka miesięcy po wydaniu "The Next Day" (2013) Bowie zabrał się do pisania kolejnych utworów, a w 2014 roku fani mogli cieszyć się singlami "Sue (Or in a Season of Crime)" i "Tis a Pity She Was a Whore", które później trafiły na ostatni krążek.
W kolejnym roku artysta był już w twórczym wirze, a w końcu zebrał zespół. Do studia wszedł z nim kwartet jazzowy: Donny McCaslin (saksofon), Mark Guilian (perkusja), Jason Lindner (pianino) i Tim Lefebvre (bas). Później dołączył gitarzysta Ben Monder i James Murphy z formacji LCD Soundsystem. Muzycy byli zachęcani do eksperymentowania, dostali pełną wolność – mieli być sobą. Po prostu grać.
"Gdybyśmy zatrudnili byłych muzyków Bowiego, to rockmani graliby jazz. Granie rocka przez jazzmanów wywraca jednak wszystko do góry nogami" – mówił w wywiadzie producent Tony Visconti.
Jesienią 2015 roku premierę ma singiel "Blackstar" z dziesięciominutowym teledyskiem wyreżyserowanym przez Johana Rencka. Materiał jest surrealistyczny i niepokojący. Głowę piosenkarza owija bandaż, w miejscu oczu ma guziki. Scenografia przywołuje skojarzenia z horrorem sci-fi. Tematem jest odchodzenie, zanikanie, śmierć. Przerażający koniec ludzkiej egzystencji.
W grudniu premierę ma drugi singiel – "Lazarus". Reżyseruje ponownie Renck. I znowu na pierwszy plan wysuwa się niepokój. Bowie leży w szpitalnym łóżku z zabandażowanymi oczami. Cofa się do ciemnej szafy. Fani czekają na więcej.
Po dziesięciu latach milczenia Bowie wrócił w 2013 z "The Next Day", niespodziewanie, bez zapowiedzi. Teraz robił to samo – zaskakiwał, prowokował, budował napięcie. Recenzenci pisali o "powrocie do eksperymentalnej formy", o "odważnym brzmieniu", o zaskoczeniu jako wizytówce Bowiego. Nikt nie wiedział, że tym razem kreował coś więcej niż tylko album. Kreował ostatni projekt. Narrację swojego odejścia. Epitafium o gwieździe, która zaczyna gasnąć.
Dwa dni później świat obiegła wiadomość: David Bowie nie żyje. Rak wątroby. Osiemnaście miesięcy walki.
Choroba, która rozwija się w ciszy
Wiele osób zadawało sobie pytanie, jak to możliwe, że nikt nie wiedział o ciężkiej chorobie Davida Bowiego. Jak mógł pracować, śpiewać, nagrywać, a dosłownie chwilę później już nie żyć?
Rak wątroby to jeden z najbardziej podstępnych nowotworów – rozwija się w ciszy, bez bólu, często bez widocznych objawów aż do zaawansowanego stadium. Można śpiewać, pojawiać się na sesjach zdjęciowych, żartować z muzykami – i umierać w tym samym czasie.
Donny McCaslin wspominał później: "Był pełen energii, kreatywny, żartował między dublami. Nigdy byśmy nie pomyśleli, że jest chory". Nawet Tony Visconti, producent i wieloletni współpracownik Bowiego, dowiedział się o chorobie dopiero kilka miesięcy przed jego śmiercią.
Bowie przychodził na sesje prosto z chemioterapii, osłabiony i wychudzony, ale na planie odgrywał swoją ostatnią rolę – rolę zdrowego człowieka. Niemal jakby stery przejmował charyzmatyczny i ekstrawagancki Ziggy Stardust – jedno z najbardziej ikonicznych alter ego artysty.
Nikt nie miał prawa się dowiedzieć. To była jego decyzja. Podobno nawet planował kolejny album. Chciał nagrywać do końca.
Czytaj także: Dlaczego tyle płyt jako tytuł ma nazwę zespołu? Wyjaśniamy, co oznacza "self-titled albums"
Czarna gwiazda – symbol, który zgasł
Wtedy wszystko zaczyna nabierać sensu. "Blackstar" to nie eksperyment – to siedem rozdziałów pożegnania. Sam tytuł niesie wielowarstwowe znaczenie.
Medyczne: czarna gwiazda to rodzaj zmian nowotworowych widocznych na zdjęciach diagnostycznych.
Astronomiczne: czarna gwiazda to obiekt, który przestał emitować światło – zgasł, ale wciąż istnieje.
Symboliczne: gwiazdy są jasne, rozświetlające ciemność.
"Gwiazdami" nazywamy celebrytów, artystów. Czerń to kolor żałobny, kolor końca. Gwiazda w żałobie po sobie samym?
Bowie był gwiazdą przez pół wieku – zmieniał się, świecił, zachwycał. Teraz, na ostatnim albumie, stał się czarną gwiazdą. Zgasł, ale nie znikł. Zostawił po sobie muzykę.
Okładka z niespodzianką
Okładka albumu "Blackstar" jest niezwykle oszczędna: czarne tło, odblaskowa pięcioramienna gwiazda. Minimalizm Jonathana Barnbrooka. Jednak Bowie nie robił niczego bez powodu. Gdy wystawimy okładkę na światło UV, zaczyna świecić na niebiesko. Gdy położymy ją w słońcu – pojawią się ukryte gwiazdy w tle, niewidoczne na pierwszy rzut oka. To jak wiadomość zza grobu, którą można odczytać tylko wtedy, gdy się wie, czego szukać. Wielowarstwowy artefakt, który zmienia się w zależności od tego, jak na niego patrzysz – dokładnie jak życie Bowiego, które było teatrem metamorfoz i kreacji.

"Lazarus" – ikoniczny utwór z ostatniej płyty Bowiego
Najważniejszy utwór na płycie "Blackstar"? Zdaje się, że o ten tytuł może walczyć "Lazarus". Utwór nagrany w momencie, gdy Bowie był w remisji – jakby dostał drugą szansę, chwilę ulgi od choroby.
W teledysku leży w szpitalnym łóżku z zabandażowanymi oczami i śpiewa: "Look up here, I'm in heaven" – "Spójrz tu, jestem w niebie". Potem wstaje, gorączkowo zapisuje coś przy biurku i cofa się do ciemnej szafy. Znika. To było ostatnie, co nakręcił. Ostatni obraz, jaki zostawił fanom. Lazarus (Łazasz) – postać biblijna, wskrzeszona z martwych, symbol mocy Jezusa nad śmiercią.
Bowie wiedział, że jego Lazarus nie wstanie. Ale mógł zostawić wiadomość.
Czytaj także: 36 godzin, które zmieniły rock. Debiut Led Zeppelin był zmiażdżony przez krytyków
Sztuka zamiast cierpienia
10 stycznia 2016 wszystko staje się jasne. Album, który wydawał się kolejnym ekscentrycznym zwrotem w karierze pełnej zwrotów, okazuje się starannie zaplanowanym spektaklem pożegnalnym. Fani już wiedzą jak czytać poetykę "Blackstar", dekodują wersy i symbole, zaczynają rozumieć język tej płyty.
Bowie nie pozwolił, by choroba zdominowała jego wizerunek. Nie dostarczał zdjęć z łóżka szpitalnego, wyznań w tabloidach, pożegnalnych wywiadów z drżącym głosem i lękiem przed nieubłaganym przeznaczeniem.
Stworzył album. Wybrał sztukę na rzecz publicznego cierpienia. Ostatnia płyta Davida Bowiego to nie sentymentalne powroty i nawiązania. To brzmienia nowoczesne, świeże, bardzo żywe, chociaż dotyczące śmierci. To płyta-pożegnanie, która nie jest żałobnym lamentem, a raczej hołdem dla pracy twórczej.
Dziś, dziesięć lat później, "Blackstar" wciąż odbiera mowę. To jeden z niewielu albumów, które zyskały na znaczeniu po śmierci twórcy – przede wszystkim dlatego, że od początku był o śmierci; śmierć nad nim wisiała, była jego głównym założeniem koncepcyjnym. Bowie nie zostawił testamentu muzycznego w stylu "to moje ostatnie słowo". Zostawił arcydzieło, które mówi: "Byłem tu. Kreowałem do końca. A teraz patrzcie w górę – tam, gdzie gwiazdy gasną, ale nie znikają".
Winylowe wydanie "Blackstar" to coś więcej niż płyta z siedmioma utworami. To relikt. Czarny krążek z ukrytymi znaczeniami, który – podobnie jak sam Bowie – objawia się dopiero wtedy, gdy spojrzysz na niego z odpowiedniej perspektywy.
Chcesz uzupełnić swoją kolekcję o kultowe winyle z muzyką rockową? Sprawdź ofertę Vinyl Tamka
Tekst: Alicja Cembrowska
Zdjęcie: YouTube