Wyspa Fehmarn, Niemcy, 6 września 1970. Deszcz, błoto, festiwal „Love & Peace", który z pokojem ma niewiele wspólnego. Na scenę wchodzi spóźniony gitarzysta, a przez tłum niesie się głośne "boooo". Jimi Hendrix odpowiada, że ma to gdzieś, że go wygwizdują – pod warunkiem, że będą gwizdać w odpowiedniej tonacji. I zaczyna od „Killing Floor" Howlin' Wolfa.
Skąd taka reakcja publiczności? Ironią jest już sama nazwa festiwalu. Organizatorzy chcieli zrobić niemiecką odpowiedź na Woodstock – trzydniowe święto muzyki na bałtyckiej wyspie. Wyszło im święto chaosu i przemocy. Już pierwszego dnia doszło do serii bójek i podpaleń, za którymi stał niemiecki gang motocyklowy Hells Angels, a kasę festiwalu obrabowano z bronią w ręku.
Czytaj także: Revolver: 60 lat płyty, po której The Beatles przestali być zespołem koncertowym
Kilku dużych wykonawców – wśród nich Emerson, Lake & Palmer, Joan Baez i John Mayall – wycofało się jeszcze przed rozpoczęciem imprezy. Jeden z ówczesnych uczestników porównał później atmosferę do "mini-Altamont, czyli do tragicznie zakończonego festiwalu Rolling Stonesów sprzed roku, gdzie na oczach publiczności doszło do zabójstwa. Pogoda wzmocniła poczucie, że festiwal „Love & Peace" jest porażką: ulewny deszcz, chłod i błoto po kostki, przez które przekłądano kolejne wystąpienia.
W takich okolicznościach Hendrix zagrał ostatni pełny koncert z zespołem. Dwa dni później wziął jeszcze udział w niezapowiedzianym, improwizowanym jam session z Erikiem Burdonem i grupą War w londyńskim klubie Ronnie Scott's – ale to właśnie Fehmarn pozostaje w pamięci jako ostatni prawdziwy występ Jimiego Hendrixa. Dwanaście dni po nim już nie żył.
Jimi Hendrix zmarł 18 września 1970 roku w Londynie. Miał 27 lat. Tydzień przed „niemieckim Woodstockiem" zasugerował brytyjskiemu tygodnikowi muzycznemu, że wraca do punktu wyjścia w swojej karierze. Z jednej strony komunikował artystyczne wypalenie, z drugiej – że dał tej epoce muzycznej wszystko. Czuł presję, że jako pionier rocka psychodelicznego "wyczerpał" możliwości tego stylu. Co więcej, krążyły plotki o planowanej współpracy z Milesem Davisem i skręcie w stronę jazzu i fusion.
Wypowiedź o "braku nowych pomysłów w obecnej formule" i śmierci zaledwie 12 dni później. Jakbym muzyk przeczuwał koniec. Ten zbieg okoliczności po czasie nabrał posmaku proroctwa. Ale był raczej wyrazem zmęczenia człowieka, który sam był muzyką.
Czytaj także: Dżem, czyli historia bluesrockowej legendy i jej winyle
Które płyty Hendrixa są najważniejsze?
Zanim został najważniejszym gitarzystą swojej epoki, Jimi Hendrix był bezimiennym talentem, ale i niepokornym gościem, który kręcił się tu i tam, zawsze z gitarą. Przez pierwszą połowę lat 60. jeździł w trasy jako gitarzysta "na tyłach" – z Little Richardem, braćmi Isley, Curtisem Knightem – ucząc się rzemiosła. Odkrył go w 1966 roku Chas Chandler, basista The Animals. Chandler złożył mu propozycję nie do odrzucenia: wyjazd do Londynu i własny zespół.
Hendrix wylądował w Londynie we wrześniu 1966 roku. W ciągu kilku tygodni, grając w klubach jam session, zaczął ściągać na swoje występy śmietankę brytyjskiego rocka – Beatlesów, Stonesów, Erica Claptona. Chandler skompletował mu zespół – Noela Reddinga na basie i Mitcha Mitchella na perkusji – i tak w październiku 1966 roku powstał The Jimi Hendrix Experience. Efekt był natychmiastowy: już w grudniu ukazał się pierwszy singiel, „Hey Joe", a pięć miesięcy później – debiutancki album. Od anonimowego muzyka do najgłośniejszej gitary Londynu minęło niecałe dwanaście miesięcy.
A tempo nie zwalniało. W ciągu niespełna dwóch lat Hendrix nagrał trzy studyjne albumy, które na zawsze zmieniły sposób myślenia o gitarze elektrycznej. „Are You Experienced" (1967), debiut, na którym gitara po raz pierwszy zabrzmiała jak coś, co nie jest gitarą – z taśmą puszczoną od tyłu, sprzężeniami i dźwiękami, których nikt wcześniej nie próbował okiełznać w studiu.
„Axis: Bold as Love" (1967), płyta bardziej liryczna, z „Little Wing" – dwoma minutami, które do dziś uczy się każdy, kto bierze do ręki Stratocastera. I „Electric Ladyland" (1968), rozbudowany i ambitny album z „All Along the Watchtower" i „Voodoo Child (Slight Return)", nagrywany przez Jimiego nie tylko z pozycji lidera zespołu, ale perfekcjonisty przejmującego kontrolę nad każdym aspektem produkcji.
Vinyl Tamka: winyle Jimiego Hendrixa w katalogu
Ile kosztują winyle Hendrixa i które są białymi krukami?
Wiele zależy od tego, czy szukasz reedycji, czy wydań z epoki. I który tytuł Cię interesuje. Nowe płyty winylowe Hendrixa dostępne są już od około 100-150 zł (na przykład „Live At Woodstock").
„Axis: Bold as Love" z lat 60. to już koszt około 1800-2000 zł, a w wydaniu z lat 80. – 400-500 zł. Niesłabnące zainteresownie muzyką Hendrixa sprawia, że winyle wirtuoza gitary jedynie drożeją.
Ciekawym przykładem, bo związanym nie tylko z muzyką, jest "Electric Ladyland". Album z 1968 roku wydano w wielu krajach z kontrowersyjną okładką – z dziewiętnastoma nagimi kobietami – i to właśnie ta wersja trafiła też na japońskie tłoczenia Polydoru. Jedynym dużym rynkiem, który dostał zupełnie inną okładkę, były Stany Zjednoczone – tam Reprise Records użyło portretu Hendrixa. Okładka powstała bez zgody muzyka i Hendrix w wywiadach wielokrotnie mówił o tej sytuacji z zażenowaniem.
Część brytyjskich sklepów odmówiła sprzedaży płyty w tej wersji, część oferowała ją w brązowym papierze. Dziś to właśnie ta okładka – kontrowersyjna i najtrudniej dostępna w pierwotnej formie – jest najbardziej pożądana przez kolekcjonerów, co naturalnie podbija jej cenę.
Czytaj także: Radiohead potwierdza trasę 2027: 21 koncertów, ale bez Europy
Dlaczego Hendrix brzmi inaczej z winyla?
Sprzężenie, wibrato, wah-wah, taśma odtworzona od tyłu w „Are You Experienced" – za każdym z tych dźwięków stoi fizyka: lampa, membrana głośnika pracująca na granicy wytrzymałości i prąd. Winyl to pamięta. Słychać w nim napięcie struny pod palcem, oddech wzmacniacza między frazami, moment, w którym dźwięk zaczyna się rwać, zanim wróci do formy.
Cyfrowy zapis to wygładza – szum sprowadza do zera, a nierówność koryguje. A z Hendrixa te nierówności trudno wyprzeć. Właściwie to one były jego językiem.
Wróćmy jeszcze na Wyspę Fehmarn. Deszcz, gwizdy, „Killing Floor". Nikt z tam zgromadzonych nie wiedział, że słucha ostatniego pełnego koncertu legendarnego Jimiego. Dziś, 56 lat później, ktoś opuszcza igłę na „Little Wing" i słyszy to samo napięcie – jakby dźwięk wciąż mógł się urwać w każdej chwili. I może właśnie to napięcie w gitarze Hendrixa sprawia, że nadal jej brzmienie zatrzymuje.
Szukasz Hendrixa na winylu lub rockowych brzmień? Zajrzyj do kategorii "Jimi Hendrix" i do starych wydań
Tekst: Alicja Cembrowska
Zdjęcie: Wikipedia